Pierwszego dnia dyrektor pierwszego stopnia, do którego zaliczał się drugi rok, gdzie zamierzałam iść, zaprowadził mnie do klasy, której członkiem miałam się stać. Przedstawił mnie i wytłumaczył wszystkim, co robię w szkole, po czym mogłam zająć miejsce i odpowiedzieć na kilka pytań od nauczyciela oraz paru uczniów. Staż był całkiem ciekawym doświadczeniem, zostałam ciepło przyjęta i ciągle ktoś mi towarzyszył i zagadywał, bym nie czuła się w żaden sposób "odrzucona". Każdy z nauczycieli wręczył mi kserokopie potrzebnych materiałów i dzięki temu mogłam brać czynny udział w lekcjach, co było równe temu, że pisałam każdy test oraz miałam obowiązek robienia wszystkich zadań. Wyniki były zapisywane na raporcie, a ja sama - na prośbę koordynatorki okana- prowadziłam dziennik, w którym zapisywałam moje odczucia, wrażenia, sukcesy, jak i rzeczy, które mnie nie zadowalały. Musiałam dodawać wpis każdego dnia i opowiadać o tym co działo się te kilka godzin temu w szkole. Na sam koniec dostałam od dwóch dziewczyn płytę ze zgranymi kilkoma piosenkami, jako prezent pożegnalny. Urocze, prawda? Oczywiście jaka była moja radość, kiedy w końcu mogłam wrócić do mojego kochanego okana. Przysięgam, że jeszcze nigdy nie mówiłam tak dużo jak wtedy. Na każdej lekcji opowiadaliśmy o tym jak spędziliśmy ostatnie tygodnie i wymieniliśmy się spostrzeżeniami na temat szkół w Belgii i porównaliśmy, jak różni ludzie, w różnym wieku odbierają obcokrajowców. Te staże dały nam bardzo wiele, pokazały czego możemy spodziewać się zaraz po wakacjach i przygotowały na odmienne scenariusze tego, co może się wydarzyć. Pomogły mi także dostać się na kierunek, którym zajmuję się teraz, czyli ekonomię z pięcioma godzinami matematyki (co daje mi luzy z francuskiego, który pozostaje dla mnie czarną magią). Ciągle mam w głowie mój staż oraz to, co dzieje się teraz i szczerze powiedziawszy, to są dwie zupełnie skrajne rzeczy.
i selfies z dziewczynami z Albanii, Dominikany i Indii :D

