czwartek, 7 maja 2015

Kolejny powrót :D

Witam wszystkich po długim (może niewymarzonym pod względem pogody) weekendzie!
Z okazji trochę dłuższego wolnego udało mi się wpaść do naszej pięknej Polski, gdzie zdążyłam spotkać się z moją przyjaciółką oraz odwiedzić kilka sklepów, za którymi niesamowicie tęskniłam i których brakuje mi najbardziej, kiedy jestem za granicą. 
W nocy z czwartku na piątek 1 maja nasz dom był zadziwiająco żywy. O godzinie 1:30 wszyscy krzątali się między pokojami, robili kawę, czy nawet jedli śniadanie, bo już o 3 nad ranem wyjeżdżaliśmy w długą podróż. Na szczęście nie była ona tak nużąca, jak to pamiętam, a jeszcze przed południem dojechaliśmy do Kątów Wrocławskich, gdzie byliśmy zmuszeni zatrzymać się na godzinę, a po kolejnej byliśmy już w rodzinnym Wałbrzychu. Gdyby nie przedłużony postój w Kątach jechalibyśmy jedynie 9 godzin, co jak na ten dystans jest rewelacyjnym czasem. 
W domu zdążyłam zjeść obiad, napić się kawy i już leciałam na spotkanie z Sandrą. Popołudnie upłynęło nam na chodzeniu po parku, robieniu zdjęć, wygłupach na placu zabaw i na robieniu zdjęć, och no i na robieniu zdjęć. Z tamtego dnia mamy całe mnóstwo pamiątek, nie wszystkie piękne, ale każda potrafi nas porządnie rozbawić. 
Następny dzień spędziłam biegając po Empiku i Media Markt, w poszukiwaniu książek oraz płyt. Te drugie mogę zawsze kupić u siebie, ale czemu by nie skorzystać z okazji? Takim oto sposobem zaopatrzyłam się w Highway To Hell od AC/DC oraz Appetite For Destruction od Guns n' Roses, a w Empiki zdobyłam już od dawna upragnione Miasto Kości oraz Papierowe Miasta. Książka Cassandry Clare zbiła mnie z nóg i czytam ją przez prawie cały czas, nie zważając na pozostałe obowiązki, co nie koniecznie wyszło mi na dobre w tym tygodniu. Z biegiem kolejnych dni zajrzałam do sklepu z płytami w moim mieście i zamówiłam Favourite Worst Nightmare Arctic Monkeys, którą szczęśliwie, mogę odebrać już jutro.
cudowne widoki na niemieckiej autostradzie :)
tutaj postanowiłyśmy zająć dzieciom zjeżdżalnię 
standardowe selfie :'D

samowyzwalacz nie zawiódł :D
nabyte książki...
oraz płyty :D

To by było na tyle, a jak wam minęło to dość krótkie wolne?

wtorek, 14 kwietnia 2015

Początek roku nie był zbyt ciekawy, powrót do szkoły, nowe tematy, ciągłe powracanie do miło spędzonego, świątecznego czasu. Jednak pierwszy miesiąc upłynął mi bardzo szybko, nawet się nie obejrzałam, a już był luty i rozpoczęły się krótkie ferie zimowe. Podczas tygodniowej przerwy postanowiłam jakoś spożytkować swój czas i zatrudniłam się jako opiekunka do dzieci u zaprzyjaźnionej rodziny. Przez dwa dni zajmowałam się chłopcami podczas przedpołudnia i bardzo to polubiłam. Chłopcy mają 5 i 10 lat, więc nie ma z nimi dużo problemów, a zawsze jest co robić, bo posiadają całą masę gier planszowych (wstyd się przyznać, że 10-letni chłopiec już kilka razy z rzędu ograł mnie w Monopoly) i potrafili zasypać mnie nawet pięcioma przez zaledwie 3,5 godziny.  Podczas lutego zaopatrzyłam się również w zestaw kredek, co było milowym krokiem w moim "artystycznym" życiu i choć mamy już kwiecień, to mój pierwszy kolorowy rysunek dopiero został skończony. Dodatkową zmianą było ścięcie włosów, zawsze miałam je długie do łopatek, aż w końcu wybrałam się do fryzjera i ścięłam je nieco ponad ramiona, długo nie mogłam się przyzwyczaić, jednak za czasem uznałam, że ta fryzura jest dla mnie korzystniejsza niż każda inna, którą dotychczas nosiłam.
Kiedy ponownie wróciłam do szkoły zostały tylko dwa tygodnie do marca, które upłynęły błyskawicznie.
Marzec to miesiąc przygotowywań do egzaminów, czyli masa nauki i zadań powtórkowych z francuskiego i matematyki. Nie był to najciekawszy miesiąc, jednak skończył się bardzo aktywnie.
Egzaminy rozpoczęły się w piątek 27.03 i trwały do środy, co znaczy, że cały tydzień wracałam do domu po godzinie 12. W czwartek pojechaliśmy na wycieczkę do Doornik, znany również jako Tournai. Spędziliśmy tam dwie godziny, które poświęcone były na uzupełnianie zestawu ćwiczeń na temat zabytków w mieście. Miasto jest piękne, jednak cały czas padało, katedra Notre Dame była zastawiona rusztowaniami, a ja nie miałam nawet chwili, żeby zrobić zdjęcie czemukolwiek. O 11 wsiedliśmy do autokaru i pojechaliśmy do kolejnego miasta, w którym przygotowane były dla na ciekawe atrakcje, takie jak nauka cyrkowych sztuczek, zabawa na dmuchanych zamkach oraz strzelanie z laserowych karabinów. Wróciliśmy cali ubłoceni i czerwoni na twarzach od wysiłku.
W piątek wybraliśmy się Gentu, gdzie odwiedziliśmy noclegownię dla bezdomnych, szkołę podstawową przeznaczoną dla dzieci z ubogich rodzin oraz pochodzących z obcych krajów. Potem wybraliśmy się do sklepu zwanego kringloop'em i sprzedawane są tam wszelakie rzeczy z tak zwanej drugiej ręki. Kiedy wróciliśmy na dworzec mieliśmy pół godziny wolnego czasu, które większość przeznaczyła na stanie w kolejce w Starbucksie i ja niestety również byłam jedną z tych osób, ale kiedy napiłam się karmelowego frappuccino, wiedziałam, że było warto.
W wielką sobotę, zamiast pomagać mamie w kuchni, latałam od sklepu do sklepu i dokupywałam dla niej brakujące produkty, co na szczęście nie było skomplikowane, gdyż tutaj święta Wielkanocne nie są tak ważne, jak w Polsce, więc każdy sklep był otwarty i zapraszał do środka przyjemnym ciepłem. Tego samego dnia, przechodząc obok studia tatuaży i piercingu, rozmawiałam z tatą o przekłuciu chrząstki w uchu, co zakończyło się tym, że usiadłam na fotelu piercera i moje ucho przebiła igła. Ranka jest w trakcie gojenia, więc muszę odkażać ja trzy razy dziennie, a wokół tytanowego kolczyka powstał mały strupek. Jeżeli każde przekłucie ma tak bezboleśnie wyglądać, to prawdopodobnie ten helix nie jest moim ostatnim kolczykiem.
Samo śniadanie Wielkanocne nie było niczym specjalnym, dzień wcześniej mieliśmy gości, więc wszyscy powstawali dosyć późno, a potem już nic tylko objadanie się pysznościami przygotowanymi przez mamę i rodzinne rozmowy na skype.

a oto kolczyk zaraz po przekłuciu :)
A więc nadrobiłam cały mój czas nieobecności, jak widać nie działo się zbyt wiele przez te kilka miesięcy, ale w końcu mogę opisywać wszystko na bieżąco :)

wtorek, 7 kwietnia 2015

Bożonarodzeniowe zamieszanie

Śmiesznie się składa, że właśnie mamy Wielkanoc, a ja mam zamiar pisać o Bożym Narodzeniu, ale wszyscy kochamy te święta, więc może i wam przypomni się ich magia i ten mile spędzony czas.
W piątek 19 grudnia otrzymałam raport z wynikami egzaminów semestralnych i zaraz po powrocie do domu wzięłam się za pakowanie. W moim pokoju panował istny chaos. Ubrania walające się po podłodze, rozłożone kosmetyki na łóżku, prezenty dla przyjaciółek ułożone na biurku. Pod wieczór wszystko zostało ogarnięte włącznie ze mną tak, żebym mogła jak najwcześniej położyć się spać i być wyspaną następnego dnia. Rano zerwałam się, obudzona przez budzik i jak najszybciej zaczęłam się szykować. O  7 byłam już gotowa i siedziałam w samochodzie, wyruszając w okropnie długą podróż do rodzimego kraju. Wszystko zapowiadało się pięknie, jednak im bliżej polskiej granicy, tym dłuższe korki powstawały, ostatecznie spędziliśmy w nich jakieś 3 godziny, z czego na szczęście połowę przespałam. Dojechaliśmy na miejsce przed godziną 19 (12 godzi jazdy i tylko jedna przerwa na siku, to przerażające). Wdrapałam się na piętro dziadków,a gdy tamci mnie zobaczyli, byli w niemałym szoku, który po chwili wzrósł, kiedy okazało się, że reszta rodziny została w Belgii, a ja przyjechałam z przyjacielem rodziców. 
Już następnego dnia pędziłam na spotkanie z Igą, moją przyjaciółką z czasów podstawówki. Ja jednak pomyliłam godziny i przesiedziałam 40 minut na mroźnym, grudniowym powietrzu, zapychającym płuca. Potem jednak spędziłam miłe popołudnie w kawiarni, opychając się czekoladowym ciastem i wspominając zwariowane lata dzieciństwa.
W poniedziałek wybrałam się do galerii handlowej, gdzie spotkałam się z Mają i razem włóczyłyśmy się po sklepach, oglądając wesołe wystawy sklepowe i popijając gorącą czekoladę, która dosłownie parzyła języki. Na sam koniec postanowiłyśmy sprawdzić, co aktualnie leci w kinie, co skończyło się tym, że obejrzałyśmy "Kosogłosa", trzecią część "Igrzysk Śmierci". 
We wtorek wreszcie spotkałam się z Sandrą, najbliższą mi przyjaciółką. Obdarowałyśmy się prezentami, które głównie składały się z własnoręcznie zrobionych podarunków i nareszcie mogłam poznać jej chłopaka, który dołączył do nas po jakimś czasie i zaciągnął nas na bilarda.
Środa to wigilia, więc zostałam w domu, pomagając babci w kuchni, a sama kolacja minęła mi na rozmowie z rodzicami przez skype. Kolejne dwa dni również przeznaczone były na leniuchowanie oraz czytanie. 
W sobotę ponownie spotkałam się z Sandrą i jej chłopakiem Łukaszem, jednak towarzyszył nam jeszcze Bartek, wielki gość, znany przez wszystkich w szkole. Znów przyszło nam grać w bilarda oraz w mojego ulubionego cymbergaja. Potem poszliśmy do pobliskiego McDonald's, gdzie wszyscy mogli zjeść normalne posiłki, ale ja oczywiście musiałam zamówić czekoladowego shake'a, który dodatkowo zmroził mnie od środka. 
Następnie w poniedziałek udało mi się wyciągnąć do galerii, czyli najpopularniejszego miejsca w naszym mieście, mojego kumpla Sebastiana. Pierwotnie mieliśmy iść na pizze, umówiliśmy się do KFC, a skończyliśmy pijąc gorącą czekoladę, oglądając książki, szukając płyt i wygłupiając się w sklepie z zabawkami, kiedy na zewnątrz panowała śnieżyca.
We wtorek znów spotkałam się z Mają, jednak tym razem wybrałyśmy się na lodowisko, gdzie poszkodowałam i ją i siebie. Jednak obie uznałyśmy ten dzień za świetny i mogłyśmy podziwiać wspaniale jeżdżących ludzi, którzy wywijali piruety i ścigali się, kiedy ja nie mogłam samodzielnie ustać na nogach. 
Środa to sylwester, którego spędziłam u Sandry. Oglądałyśmy Morderczą Oponę, czytałyśmy stare opowiadania, napisane przez nią, grałyśmy w śmietanowe Q&A, więc nie obeszło się bez twarzy, włosów i ubrań całych w bitej śmietanie. Udało nam się zasnąć o 7 rano, oglądając Witch na Disney Channel. W piątek postanowiłyśmy się spotkać na pożegnanie, jednak w międzyczasie okazało się, że mój wyjazd przełożony jest na niedzielę, także również sobotę spędziłyśmy razem, jednak tym razem towarzyszyło nam jeszcze kilka innych osób. 
Wyjazd wyznaczony był na 6 rano, więc o 5 przyjechała do mnie Maja, by się pożegnać. To była jedna z najbardziej uroczych rzeczy na świecie, jednak dodatkowo mnie zasmuciła, kiedy znów musiałam wyjeżdżać. Przy powrocie obyło się bez korków, także byłam w domu koło godziny 16 i mogłam spokojnie przygotować się do szkoły, która zaczynała się następnego dnia.  Po udanych świętach, towarzyszył mi wyśmienity humor, z którym następnego dnia zawitałam w murach placówki.



sobota, 4 kwietnia 2015

I'm back!

Witam wszystkich po mojej bardzo długiej przerwie. W pewnym momencie zabrakło mi czasu na prowadzenie bloga, a potem najzwyczajniej w świecie chęci, także prowadzenie tej strony poszło w odstawkę, ale ostatnimi czasy w szkole się rozluźniło, a do tego właśnie zaczęła się przerwa, więc oto jestem! :D
Przez czas mojej nieobecności wiele zdążyło się wydarzyć. Między innymi mam za sobą dwie serie egzaminów i wizytę w Polsce. Wszystko opiszę w dwóch postach, które pojawią się tutaj w najbliższym czasie i może w końcu uda mi się pisać wszystko na bieżąco. Tym razem zamierzam porządnie wziąć się za bloga i dodawać posty w miarę regularnie. Mam też nadzieję, że zdobędę kilku czytelników zainteresowanych moimi drobnymi perypetiami. No to do miłego, moi drodzy :D

czwartek, 23 października 2014

Staż

Zaraz po świętach Wielkanocnych czekał mnie trzytygodniowy staż w szkole Bernardus College, która jest po prostu zwykłym gimnazjum, o dumnej nazwie college. Celem tych kilkunastu dni było sprawdzenie, która klasa jest dla mnie odpowiednia, bym mogła być na bieżąco i gdzie poradziłabym sobie z moim zasobem słów w języku Niderlandzkim, którego uczyłam się przez poprzednie pół roku. Dawało to też obraz nauczycielom, na jakim poziomie jestem i pomogło im to, w poradzeniu mi ewentualnego kierunku.
Pierwszego dnia dyrektor pierwszego stopnia, do którego zaliczał się drugi rok, gdzie zamierzałam iść, zaprowadził mnie do klasy, której członkiem miałam się stać. Przedstawił mnie i wytłumaczył wszystkim, co robię w szkole, po czym mogłam zająć miejsce i odpowiedzieć na kilka pytań od nauczyciela oraz paru uczniów. Staż był całkiem ciekawym doświadczeniem, zostałam ciepło przyjęta i ciągle ktoś mi towarzyszył i zagadywał, bym nie czuła się w żaden sposób "odrzucona". Każdy z nauczycieli wręczył mi kserokopie potrzebnych materiałów i dzięki temu mogłam brać czynny udział w lekcjach, co było równe temu, że pisałam każdy test oraz miałam obowiązek robienia wszystkich zadań. Wyniki były zapisywane na raporcie, a ja sama - na prośbę koordynatorki okana- prowadziłam dziennik, w którym zapisywałam moje odczucia, wrażenia, sukcesy, jak i rzeczy, które mnie nie zadowalały. Musiałam dodawać wpis każdego dnia i opowiadać o tym co działo się te kilka godzin temu w szkole. Na sam koniec dostałam od dwóch dziewczyn płytę ze zgranymi kilkoma piosenkami, jako prezent pożegnalny. Urocze, prawda? Oczywiście jaka była moja radość, kiedy w końcu mogłam wrócić do mojego kochanego okana. Przysięgam, że jeszcze nigdy nie mówiłam tak dużo jak wtedy. Na każdej lekcji opowiadaliśmy o tym jak spędziliśmy ostatnie tygodnie i wymieniliśmy się spostrzeżeniami na temat szkół w Belgii i porównaliśmy, jak różni ludzie, w różnym wieku odbierają obcokrajowców. Te staże dały nam bardzo wiele, pokazały czego możemy spodziewać się zaraz po wakacjach i przygotowały na odmienne scenariusze tego, co może się wydarzyć. Pomogły mi także dostać się na kierunek, którym zajmuję się teraz, czyli ekonomię z pięcioma godzinami matematyki (co daje mi luzy z francuskiego, który pozostaje dla mnie czarną magią). Ciągle mam w głowie mój staż oraz to, co dzieje się teraz i szczerze powiedziawszy, to są dwie zupełnie skrajne rzeczy.

A jak wam idzie w szkole? Co sądzicie o takim stażu przygotowawczym? 

                            i selfies z dziewczynami z Albanii, Dominikany i Indii :D

niedziela, 12 października 2014

OKAN - mój początek

Piątkowa noc, 27 września 2013 roku. To właśnie wtedy po raz pierwszy stanęłam przed budynkiem, który stał się moim aktualnym domem i to też w tamtym momencie uświadomiłam sobie, co się właściwie dzieje. Dotarło do mnie, że wyjechałam do zupełnie nieznanego mi kraju, zostawiając za sobą przyjaciół, rodzinę, szkołę i dawną mnie. Nie zachwycała mnie ta myśl, czułam, że zostałam całkiem sama wyrzucona na sam środek wielkiego morza.

W poniedziałek, dwa dni później, poszłam zapisać się do szkoły, która tak naprawdę jest technikum o profilu mechaniczno-budowlanym, ale w jednym z budynków placówki znajduję się klasa, zwana OKAN. Jest to skrót od OnthaalKlassen voor Anderstalige Nieuwkomers. Po naszemu jest to po prostu klasa do obcokrajowców, którzy nie znają języka niderlandzkiego.W klasie znajdują się osoby od 12 do 18 roku życia i uczęszczają tam tak długo, jak tylko trzeba. Były osoby, które spędziły tam 2 lata, inne rok, a jeszcze inni kilka miesięcy.
Kiedy dołączyłam do tej grupy razem z początkiem października, było tam zaledwie 10 osób, wliczając w to mnie i mojego brata, w maju przerodziło się to w 22 osoby z różnych stron świata. Byli tam ludzie z Indii, z Maroka, Syrii, Dominikany i wielu innych.
Dziewięć miesięcy, które tam spędziłam nauczyły mnie naprawdę wiele, a zwłaszcza tolerancji do innych kultur, religii i zachowań. Mnóstwo rzeczy mnie szokowało, zniesmaczało oraz odpychało, jednak wtedy myślałam sobie, że niektóre z moich odruchów, gestów, czy czegokolwiek innego, mogło wywoływać zupełnie taką samą reakcję u tych ludzi. W końcu hej, wszyscy jesteśmy inni, inaczej wychowani. Nie miałam prawa nikogo oceniać.
Prawda jest taka, ze pobyt w tej klasie to jedna, wielka i wspaniała przygoda. Zaprzyjaźniam się z ludźmi z drugiego końca świata, dostałam też szansę poznania ich historii i światopoglądów, które tak bardzo odbiegały od moich. W tamtym czasie moją najlepszą przyjaciółką stała się dziewczyna, która pochodzi z Kosowa i jest ode mnie co prawda  starsza o prawie trzy lata, ale mimo to znalazłyśmy jakąś nić porozumienia. Jednak już trzy miesiące po mnie, do klasy dołączył kolejny chłopak z Polski, kim bym była, gdybym to nie z  nim rozmawiała najwięcej?

Jeżeli chodzi o nauczycieli, to byli to naprawdę świetni ludzie z dystansem do siebie, poczuciem humoru i pełni zrozumienia. Nie prowadzili oni typowych lekcji, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. Mogliśmy na nich swobodnie rozmawiać, oczywiście w granicach rozsądku i szacunku. Wdawaliśmy się w konwersacje na temat trwającej lekcji, staraliśmy jak najlepiej opisać nasze myśli i wyrazić zdanie. Nie było to proste zadanie, kiedy nasz zasób słów był tak ograniczony.

Staram się mówić o OKANie jak najlepiej, bo naprawdę dzięki tej klasie zyskałam wiele, ale nie od początku byłam do tego tak świetnie nastawiona. Po przeprowadzce byłam obrażona na rodziców i na cały świat, nie chciałam chodzić do szkoły, rozmawiać z kimkolwiek, jedyne na czym mi zależało to aby przetrwać do tej 16 godziny i wrócić do domu. Dopiero w grudniu, kiedy w miarę opanowałam język, postanowiłam się otworzyć na swoją klasę, która chciała dotrzeć do mnie od już dwóch miesięcy. Wtedy czułam się naprawdę szczęśliwa, otaczali mnie ludzie, którzy doskonale rozumieli w jakiej jestem sytuacji i to mi pomagało.

I dziś tęsknię za tymi właśnie ludźmi, za tym zrozumieniem i przyjazną atmosferą.
Staram się tym nie żyć, zacząć od nowa, w innej szkole, nie jest to łatwe, bo moja skala porównawcza jest wręcz skrajna i ciągle nie mogę przywyknąć do nowej sytuacji.

Pokuszę się o pytanie, jak wy wyobrażaliście sobie początek w nowym kraju?

sobota, 11 października 2014

Witajcie!

Na sam początek się przedstawię. Otóż mam na imię Sara, jestem piętnastolatką i od roku mieszkam w Belgii. Stworzyłam tego bloga z myślą o przybliżeniu wszystkim, jak wygląda życie w zupełnie obcym kraju. Doskonale wiem, że nie jestem żadnym wyjątkiem pod tym względem i że wiele osób zdążyło się już przeprowadzić za granicę, ale hej, każdy ma swoją historię i przeżycia z tym związane, pomyślałam, że fajnie byłoby opowiedzieć wam, jak to było ze mną. W trakcie prowadzenia tego bloga chciałabym przedstawić wam jak przeprowadzka wpłynęła na mój światopogląd, charakter i jak wielką rolę odegrała w kształtowaniu całej mojej osoby. Postaram się jak najlepiej opisać moje "pierwsze kroki" tutaj, w Belgii i jak wszystko wygląda teraz. Mam nadzieję, że was nie zanudzę i choć trochę polubicie moje posty :) A póki co, miłego weekendu!