Śmiesznie się składa, że właśnie mamy Wielkanoc, a ja mam zamiar pisać o Bożym Narodzeniu, ale wszyscy kochamy te święta, więc może i wam przypomni się ich magia i ten mile spędzony czas.
W piątek 19 grudnia otrzymałam raport z wynikami egzaminów semestralnych i zaraz po powrocie do domu wzięłam się za pakowanie. W moim pokoju panował istny chaos. Ubrania walające się po podłodze, rozłożone kosmetyki na łóżku, prezenty dla przyjaciółek ułożone na biurku. Pod wieczór wszystko zostało ogarnięte włącznie ze mną tak, żebym mogła jak najwcześniej położyć się spać i być wyspaną następnego dnia. Rano zerwałam się, obudzona przez budzik i jak najszybciej zaczęłam się szykować. O 7 byłam już gotowa i siedziałam w samochodzie, wyruszając w okropnie długą podróż do rodzimego kraju. Wszystko zapowiadało się pięknie, jednak im bliżej polskiej granicy, tym dłuższe korki powstawały, ostatecznie spędziliśmy w nich jakieś 3 godziny, z czego na szczęście połowę przespałam. Dojechaliśmy na miejsce przed godziną 19 (12 godzi jazdy i tylko jedna przerwa na siku, to przerażające). Wdrapałam się na piętro dziadków,a gdy tamci mnie zobaczyli, byli w niemałym szoku, który po chwili wzrósł, kiedy okazało się, że reszta rodziny została w Belgii, a ja przyjechałam z przyjacielem rodziców.
Już następnego dnia pędziłam na spotkanie z Igą, moją przyjaciółką z czasów podstawówki. Ja jednak pomyliłam godziny i przesiedziałam 40 minut na mroźnym, grudniowym powietrzu, zapychającym płuca. Potem jednak spędziłam miłe popołudnie w kawiarni, opychając się czekoladowym ciastem i wspominając zwariowane lata dzieciństwa.
W poniedziałek wybrałam się do galerii handlowej, gdzie spotkałam się z Mają i razem włóczyłyśmy się po sklepach, oglądając wesołe wystawy sklepowe i popijając gorącą czekoladę, która dosłownie parzyła języki. Na sam koniec postanowiłyśmy sprawdzić, co aktualnie leci w kinie, co skończyło się tym, że obejrzałyśmy "Kosogłosa", trzecią część "Igrzysk Śmierci".
We wtorek wreszcie spotkałam się z Sandrą, najbliższą mi przyjaciółką. Obdarowałyśmy się prezentami, które głównie składały się z własnoręcznie zrobionych podarunków i nareszcie mogłam poznać jej chłopaka, który dołączył do nas po jakimś czasie i zaciągnął nas na bilarda.
Środa to wigilia, więc zostałam w domu, pomagając babci w kuchni, a sama kolacja minęła mi na rozmowie z rodzicami przez skype. Kolejne dwa dni również przeznaczone były na leniuchowanie oraz czytanie.
W sobotę ponownie spotkałam się z Sandrą i jej chłopakiem Łukaszem, jednak towarzyszył nam jeszcze Bartek, wielki gość, znany przez wszystkich w szkole. Znów przyszło nam grać w bilarda oraz w mojego ulubionego cymbergaja. Potem poszliśmy do pobliskiego McDonald's, gdzie wszyscy mogli zjeść normalne posiłki, ale ja oczywiście musiałam zamówić czekoladowego shake'a, który dodatkowo zmroził mnie od środka.
Następnie w poniedziałek udało mi się wyciągnąć do galerii, czyli najpopularniejszego miejsca w naszym mieście, mojego kumpla Sebastiana. Pierwotnie mieliśmy iść na pizze, umówiliśmy się do KFC, a skończyliśmy pijąc gorącą czekoladę, oglądając książki, szukając płyt i wygłupiając się w sklepie z zabawkami, kiedy na zewnątrz panowała śnieżyca.
We wtorek znów spotkałam się z Mają, jednak tym razem wybrałyśmy się na lodowisko, gdzie poszkodowałam i ją i siebie. Jednak obie uznałyśmy ten dzień za świetny i mogłyśmy podziwiać wspaniale jeżdżących ludzi, którzy wywijali piruety i ścigali się, kiedy ja nie mogłam samodzielnie ustać na nogach.
Środa to sylwester, którego spędziłam u Sandry. Oglądałyśmy Morderczą Oponę, czytałyśmy stare opowiadania, napisane przez nią, grałyśmy w śmietanowe Q&A, więc nie obeszło się bez twarzy, włosów i ubrań całych w bitej śmietanie. Udało nam się zasnąć o 7 rano, oglądając Witch na Disney Channel. W piątek postanowiłyśmy się spotkać na pożegnanie, jednak w międzyczasie okazało się, że mój wyjazd przełożony jest na niedzielę, także również sobotę spędziłyśmy razem, jednak tym razem towarzyszyło nam jeszcze kilka innych osób.
Wyjazd wyznaczony był na 6 rano, więc o 5 przyjechała do mnie Maja, by się pożegnać. To była jedna z najbardziej uroczych rzeczy na świecie, jednak dodatkowo mnie zasmuciła, kiedy znów musiałam wyjeżdżać. Przy powrocie obyło się bez korków, także byłam w domu koło godziny 16 i mogłam spokojnie przygotować się do szkoły, która zaczynała się następnego dnia. Po udanych świętach, towarzyszył mi wyśmienity humor, z którym następnego dnia zawitałam w murach placówki.