wtorek, 14 kwietnia 2015

Początek roku nie był zbyt ciekawy, powrót do szkoły, nowe tematy, ciągłe powracanie do miło spędzonego, świątecznego czasu. Jednak pierwszy miesiąc upłynął mi bardzo szybko, nawet się nie obejrzałam, a już był luty i rozpoczęły się krótkie ferie zimowe. Podczas tygodniowej przerwy postanowiłam jakoś spożytkować swój czas i zatrudniłam się jako opiekunka do dzieci u zaprzyjaźnionej rodziny. Przez dwa dni zajmowałam się chłopcami podczas przedpołudnia i bardzo to polubiłam. Chłopcy mają 5 i 10 lat, więc nie ma z nimi dużo problemów, a zawsze jest co robić, bo posiadają całą masę gier planszowych (wstyd się przyznać, że 10-letni chłopiec już kilka razy z rzędu ograł mnie w Monopoly) i potrafili zasypać mnie nawet pięcioma przez zaledwie 3,5 godziny.  Podczas lutego zaopatrzyłam się również w zestaw kredek, co było milowym krokiem w moim "artystycznym" życiu i choć mamy już kwiecień, to mój pierwszy kolorowy rysunek dopiero został skończony. Dodatkową zmianą było ścięcie włosów, zawsze miałam je długie do łopatek, aż w końcu wybrałam się do fryzjera i ścięłam je nieco ponad ramiona, długo nie mogłam się przyzwyczaić, jednak za czasem uznałam, że ta fryzura jest dla mnie korzystniejsza niż każda inna, którą dotychczas nosiłam.
Kiedy ponownie wróciłam do szkoły zostały tylko dwa tygodnie do marca, które upłynęły błyskawicznie.
Marzec to miesiąc przygotowywań do egzaminów, czyli masa nauki i zadań powtórkowych z francuskiego i matematyki. Nie był to najciekawszy miesiąc, jednak skończył się bardzo aktywnie.
Egzaminy rozpoczęły się w piątek 27.03 i trwały do środy, co znaczy, że cały tydzień wracałam do domu po godzinie 12. W czwartek pojechaliśmy na wycieczkę do Doornik, znany również jako Tournai. Spędziliśmy tam dwie godziny, które poświęcone były na uzupełnianie zestawu ćwiczeń na temat zabytków w mieście. Miasto jest piękne, jednak cały czas padało, katedra Notre Dame była zastawiona rusztowaniami, a ja nie miałam nawet chwili, żeby zrobić zdjęcie czemukolwiek. O 11 wsiedliśmy do autokaru i pojechaliśmy do kolejnego miasta, w którym przygotowane były dla na ciekawe atrakcje, takie jak nauka cyrkowych sztuczek, zabawa na dmuchanych zamkach oraz strzelanie z laserowych karabinów. Wróciliśmy cali ubłoceni i czerwoni na twarzach od wysiłku.
W piątek wybraliśmy się Gentu, gdzie odwiedziliśmy noclegownię dla bezdomnych, szkołę podstawową przeznaczoną dla dzieci z ubogich rodzin oraz pochodzących z obcych krajów. Potem wybraliśmy się do sklepu zwanego kringloop'em i sprzedawane są tam wszelakie rzeczy z tak zwanej drugiej ręki. Kiedy wróciliśmy na dworzec mieliśmy pół godziny wolnego czasu, które większość przeznaczyła na stanie w kolejce w Starbucksie i ja niestety również byłam jedną z tych osób, ale kiedy napiłam się karmelowego frappuccino, wiedziałam, że było warto.
W wielką sobotę, zamiast pomagać mamie w kuchni, latałam od sklepu do sklepu i dokupywałam dla niej brakujące produkty, co na szczęście nie było skomplikowane, gdyż tutaj święta Wielkanocne nie są tak ważne, jak w Polsce, więc każdy sklep był otwarty i zapraszał do środka przyjemnym ciepłem. Tego samego dnia, przechodząc obok studia tatuaży i piercingu, rozmawiałam z tatą o przekłuciu chrząstki w uchu, co zakończyło się tym, że usiadłam na fotelu piercera i moje ucho przebiła igła. Ranka jest w trakcie gojenia, więc muszę odkażać ja trzy razy dziennie, a wokół tytanowego kolczyka powstał mały strupek. Jeżeli każde przekłucie ma tak bezboleśnie wyglądać, to prawdopodobnie ten helix nie jest moim ostatnim kolczykiem.
Samo śniadanie Wielkanocne nie było niczym specjalnym, dzień wcześniej mieliśmy gości, więc wszyscy powstawali dosyć późno, a potem już nic tylko objadanie się pysznościami przygotowanymi przez mamę i rodzinne rozmowy na skype.

a oto kolczyk zaraz po przekłuciu :)
A więc nadrobiłam cały mój czas nieobecności, jak widać nie działo się zbyt wiele przez te kilka miesięcy, ale w końcu mogę opisywać wszystko na bieżąco :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz